Rozdział 2.

- Sutton! - Zmartwiony głos wyciągnął mnie z głębokiego snu i przywrócił do ciężkiej rzeczywistości.

Podniosłam się do góry, lepki, zimny pot przebiegał po moim ciele, kiedy nerwowa sapałam, budząc się z tego samego koszmaru, który miałam codziennie od miesiąca. Trwało to do końca w ten sam sposób, za każdym razem, bez przerwy. Zawsze tonęłam, łapiąc tlen, zanim się budziłam, ciągle niepewna co oznaczały słowa Loli. Zamrugałam gwałtownie, oczyszczając oczy ze śpiochów w kącikach moich oczu, pozwalając mi zauważyć Justina siedzącego przede mną. Na jego przystojnej twarzy utworzył się wyraz głębokiej troski, delikatnie chwycił w prawą rękę moją twarz.

- Miałaś jakiś inny koszmar? - Spytał mnie, jego kciuk głaskał mój wilgotny policzek, kiedy mój oddech wrócił do normalnego, stałego tempa.

- Ten sam. - Odetchnęłam, czując ulgę, kiedy Justin przyciągnął mnie na swoje kolana, pozwalając spocząć mojej głowie na jego klatce piersiowej. Uspokajająco gładził moje włosy, opiekuńczo owijając ramiona wokół mojego trzęsącego się ciała. Odwróciłam głowę, zauważyłam, że drzwi balkonowe były otwarte na oścież, pomarańczowy odcień słońca przebijał się jak róża przez różowo - błękitne niebo.

Minęły dwa miesiące.

Osiem tygodni mieszanki stresu, lęku i smutku za jednym zamachem - kilka dni znacznie gorszych od innych. Policja nie przestawała zadawać pytań, dopóki nie byli pewni co zrobić z Joel'em i użyli przeciwko niemu obciążająco- łagodzących środków przez pomoc świadków - którymi był tylko Jaxon i ja. Na szczęście, w końcu zdecydowali się umieścić go na rehabilitacji w oddziale dla psychicznie chorych, z serią działań społecznych i ścisłą polityką odwiedzających dzięki uprzejmości zespołu BAU* w FBI. Pomyśleli, że trzymanie go w celi będzie zbyt dużym ryzykiem przy ocenianiu jego stanu. Równocześnie z tym odbył się pogrzeb Liam'a.

Wiem co myślicie - jak mogłam w ogóle rozważać pomoc w organizacji pogrzebu chłopakowi, który chciał cię zgwałcić i był dilerem narkotyków, który groził śmiercią twojemu chłopakowi? Nie martwcie się, już został osądzony o wiele gorszą przyszłość. Liam nie tylko był tym dla mnie, również był moim byłym chłopakiem. Kimś, kogo kochałam i ufałam całym swoim życiem. Tylko dlatego, że to znikło w tamtym roku, automatycznie nie zmieniało moich uczuć do niego. Ponadto ze względu na zniknięcie Nick'a (o ile było to w ogóle jego prawdziwe imię), jego rodzice potrzebowali kogoś, kto znał Liama i będzie ich wspierał, a ku mojemu przerażeniu ściśle znajdowałam się w tej kategorii. Pogrzeb był w ciemny dzień, taki, którego nie chciałabym wspominać...nigdy.

Co do Alex, z każdym mijającym tygodniem była w coraz bardziej zaawansowanej ciąży, brzuch zaczynał się jej powiększać i rozszerzać - rozwijając się w ciążowy brzuszek. Nadal nie chciała ze mną rozmawiać. Faktem było, że spędzała cały czas z Nate'm poza domem, więc trudno było mi się z nią widywać. Co najgorsze, moja mama nadal nie wiedział a o ciąży, a ja nawet nie naprowadzałam jej na ten trop. Byłam zdechłym mięsem i moja siostra radośnie powoli gotowała mnie na obiad. Lepszą sprawą było to, że Jaxon spokojnie zadomowił się w Kalifornii, bez żadnych problemów. Przeniósł swoje dane bankowe do nowego banku tutaj, by mieć możliwość wymiany swoich pieniędzy na dolary i wydać je na wynajem mieszkania na obrzeżach miasta. Tam miał więcej miejsca niż w mojej szafie, to na pewno. Justin czasami nocował u niego, we dwoje grali w gry video i relaksowali się razem przez większość czasu. Nadrabiali stracony braterski czas.

Niemniej jednak, przez cały ten dramat, łzy i złamane serce w ciągu kilku tygodni - czegoś brakowało. Do czasu incydentu w studiu tańca, nie byłam męczona i stresowana odbieraniem z mojego telefonu wiadomości czy rozmów. Mam tu na myśli to, że nie otrzymałam od SA nic od pełnych dwóch miesięcy. Brak ciętych komentarzy, brak gróźb o oddzielenie od kogoś lub zranienie kogoś, na kim mi zależało - zero. Wiedziałam, że powinnam czuć ulgę, być wdzięczna i akceptować fakt, że prawdopodobnie SA dostał kopa za śledzenie każdego mojego ruchu, jednak mdłości wystarczyły. Cisza SA była zabójcą. Skręcało mi się w żołądku na myśl, że on nadal ma ze mną nierozwiązane sprawy, z czym do mnie przyszedł. SA nadal tu był, gdzie nie miałam pojęcia, ale gdzieś bardzo blisko. Nick wiedział kto to był. Liam odkrył, że on z nim pracuje. Pytaniem jest...gdzie oni są teraz?

- O czym myślisz? - Justin gładził moje udo, całując czubek mojej głowy swoimi miękkimi, pełnymi wargami.

- Po prostu...myślę... - Zamarłam, Justin wyglądał, jakby nie wierzył w to co powiedziałam, nawet przez ułamek sekundy. - Okej, martwię się. Nadal nie dostałam wiadomości od SA i minęły dwa miesiące. - Dodałam szybko, z niepokojem zagryzając wargi.

Głębokie westchnienie Justina spowodowało, że zamknęłam gębę na kłódkę, wewnętrznie się skuliłam, przez rozczarowanie jakie przebiegło po jego twarzy. Jego problemy z panowaniem nad gniewem nie zmieniły się, a temat SA zawsze powodował u niego wybuch. Mięliśmy już z tym kilka przypadków i wiedziałam, ze to głupie aby do tego wracać, ale chciałam być z nim szczera. To było coś, co zawsze było obecne w przedświadomości.

- Nie powinnaś wciąż myśleć o tym pieprzonym prześladowcy. - Mruknął, uwalniając mnie z uścisku i zeskakując z łóżka. Patrzyłam jak chodzi po moim pokoju, zaciskając i rozluźniając pięśki, kiedy rozglądał się dziko, jego wzrok skupiał się na mnie.

- Wiem, że nie lubisz o tym słuchać i naprawdę nie lubię ciągle o tym myśleć...ale potrzebuję odpowiedzi, Justin. Nie wiem o co chodzi. Od czasu incydentu w studiu tańca -

- Na prawdę znów będziesz zaczynać ten temat? Myślałem, że to już przeszłość! - Mruknął gniewnie, szczypiąc się po końcówce nosa. Spójrz, skarbie przepraszam, że ci przerwałem, ale prawdą jest, że szczerze mówiąc nie mogę powiedzieć ci żadnych kłamstw o tym co dzieje się z Joel'em i gdzie jest SA. Oni znęcali się nad moją piękną dziewczyną. Wybacz mi kurwa, że obchodzi mnie to, co się z nimi stało! Proszę, czy nie możemy bardziej skupić się na pozytywach? Byliśmy już w piekle i z niego wyszliśmy, nie potrzebujemy kolejnego dramatu o nic. Teraz po prostu żyjmy swoimi życiami.

Bawiłam się postrzępionymi nitkami z satynowego materiału mojej poduszki, bojąc się coś powiedzieć. Justin miał rację. Rzeczywiście przeszliśmy przez cierpienie i lęk, by trwać do końca naszego życia i naprawdę powinnam przestać odnosić się do tej tragedii. Jednakże, nadal miałam niepokojące uczucie w brzuchu, przez co nie mogłam się tego wyprzeć. Pojawiało się tam, sprawiając, że moje myśli sprowadzały się do jednego. SA nadal tu był i był w pobliżu, aby ze mną skończyć.

Głośny łomot o drewniane drzwi mojej sypialni zaskoczył mnie i Justina.

- Sutton, wstawaj! Szkoła. - Zawołała mama po drugiej stronie, kontynuując walenie w drzwi dopóki nie odpowiedziałam.

- Tak, wstałam! - Krzyknęłam ze złością, mimowolnie wychodząc z łóżka.

- Potrzebujesz dziś podwózki do szkoły? - Spytał Justin, prostując swoją koszulkę.

- Nie, jest dobrze. Pojadę sama. - Westchnęłam, idąc w jego stronę i przyciągając go do uścisku. - Przykro mi, że zmarnowałam ten moment.

- Nigdy dla mnie nie możesz zrujnować momentu, Sutton. Wiem, że się martwisz, ale spróbuj i zostaw przeszłość za sobą...dla mnie? - Spojrzał mi w oczy, błagając o odpowiedź. Pokiwałam ostrożnie głową, przełykając gulę, która utworzyła mi się w gardle.

- Nigdy więcej mowy o SA.

- Moja dziewczynka.- Uśmiechnął się, składając pocałunek na moich ustach. - Oh, prawie bym zapomniał. Jaxon też będzie dziś z tobą w szkole. Nie wiem dlaczego woli się edukować, kiedy może spędzić dzień ze mną grając w gry video, ale...- Justin wzruszył ramionami, przez co chichot wymknął się z moich ust.

- Wiesz, że też chciałabym spędzić z tobą dzień, ale mama każe mi iść do szkoły. Niestety nie zgadza się z metodami wychowawczymi wujka Doma. - Wywróciłam oczami, opierając czoło o jego. Jego usta uformowały się w mały uśmiech, a oczy wpatrywały się w moje. - Dlaczego się uśmiechasz?

- Jesteś piękna. - Uśmiechnął się szyderczo, pocierając nosem o mój. - Będzie dobrze. Masz Tori i jej do dupy sposoby, żebyś przetrwała dzień i jeśli to ci nie wystarczy, na zachętę, masz mnie kiedy wrócisz do domu. - mrugnął, uciszając mnie kolejnym pocałunkiem.

- Sutton, spóźnisz się przez to tempo! Czas leci i bądź gotowa do wyjścia! Albo będę musiała przyjść i sama cię wyciągnąć. - Mama ponownie uderzyła w drzwi, jej głos był coraz bardziej sfrustrowany.

- Bądź gotowa, zanim twoja mama naprawdę rozwali ci drzwi. - Szepnął Justin, jego ręce znalazły końce mojej koszuli nocnej. Chwyciłam materiał, zanim on pociągnął go nad moją talię. - Zobaczymy się później. - Powiedział cicho, wychodząc z powrotem przez okno balkonowe.

Przeczesałam luźne fale na włosach, cicho kończąc dobieranie swojego stroju dopełniając go różową chustą na głowę, kiedy Alex wpadła do pokoju.

- Dobrze, że zapukałaś. - Zażartowałam z ciepłym sercem, uśmiechając się do niej, kiedy odwróciłam się od lustra i zabrałam swoją spakowaną torbę z końca łóżka. Alex rozszerzyła nozdrza, przeczesując palcami swoje idealnie proste włosy.

- Jeśli ty nauczysz się trzymać swoje duże usta zamknięte, może ja okażę ci trochę minierów. - Spojrzała na mnie groźnie, pocierając ręką brzuch, jej twarz zmarszczyła się z bólu. To nie wyglądało dobrze.

- Co jest? Dziecko kopie?

Zbliżyłam się do niej, ale Alex wyciągnęła rękę, by utrzymać fizyczny odstęp między nami. Wypuściła powoli powietrze, opuszczając wzrok ze mnie na brzuch.

- To nic takiego.

- To nie jest nic takiego Alex, wyglądasz jakby cię bolało
.
- Powiedziałam, że jest dobrze. - Warknęła, jej policzki nabrały jeszcze mocniejszego odcieniu różu niż ten, który miała nałożony na policzki.

Wywróciłam oczami, czując się beznadziejnie. Ile potrwa, aż Alex mi wybaczy. Nie pomyślałam nawet przez chwilę, że będzie w stanie być zła tak długo. Tak, powiedziałam Nate'owi, dodam, że jest on już bardzo długo jej chłopakiem, że nosi jego nienarodzone dziecko, chociaż ona powiedziała mi, abym tego nie robiła, ale zatrzymanie tego, ryzykowało życie Jaxon'a. Musiałam ginąć w pociągu myśli, kiedy Alex prychała na mnie, łamiąc mnie wewnętrznie dręczeniem mojego umysłu.

- Byłoby miło Sutton, gdybym dzisiaj dostała się do szkoły, zanim wszyscy zaczną Harlem shake przed wejściem i zablokują wejście do sali matematycznej. Jako pierwszy mam sprawdzian i jeśli go obleję, dosłownie cię zastrzelę.

Moja siostra miała sposób na wyrażanie się. Cholerne hormony. I Harlem shake? Serio? To był jej jedyny pretekst by mi dokuczyć.

- Czemu po prostu sama nie zdasz na prawo jazdy? Jesteś wystarczająco dorosła, by nauczyć się jeździć samemu. - Zasugerowałam z przyjazną manierą, niestety Alex po raz kolejny odebrała to w zły sposób.

- Masz teraz gdzieś mnie i swoją siostrzenicę huh? Dobrze wiedzieć, że się przejmujesz. - Splunęła, odwracając się na pięcie. - Będę czekać przy twoim samochodzie. - Zawołała zza pleców, kiedy zbiegała po schodach w dół z kubkiem kawy i podręcznikami.

Siostrzenica?

Skąd ona wie, że to będzie dziewczynka. Normalnie można poznać płeć dziecka od 18-22 tygodnia ciąży. Alex była w ciązy od 3 miesięcy. Pokręciłam głową, usuwając tą myśl całkowicie z mojej głowy. Może po prostu źle ją usłyszałam. Jeśli nie, to i tak nie będzie tak, że Alex zaoferuje mi więcej informacji o jej ciąży - będzie to po prostu zmarnowanie oddechu. Przewieszając torbę przez ramię, wzięłam głęboki oddech i opuściłam swój pokój, zamykając za sobą drzwi kiedy wychodziłam.

Wszystkim czym naprawdę musiałam się martwić był powrót do tej piekielnej dziury...na razie.


- ZRÓBMY HARLEM SHAKE!! - Ktoś krzyknął, kiedy wydostałam się z samochodu, walcząc z przytłaczającym uczuciem zwymiotowania, gdy zauważyłam znajome, straszne budynki mojej szkoły. Alex natychmiast chrząknęła, ruszając w kierunku sal od matematyki między grupą głośnych nastolatków robiących Harlem shake wokół kampusu. Myślałam, że Alex wcześniej żartowała, ale oceniając scenę przede mną - oczywiście tak nie było. Muzyka nadal brzmiała z głośników, wybuchając na całą szkołę energią i euforią. To było zabawne, że byłam zaskoczona tym, na co wpadła moja szkoła. Dosłownie było to miejsce kształcenia zwierząt, było tylko kilkoro rozsądnych ludzi, którzy przemierzali korytarze.

W tym właśnie momencie, obok mnie ryknął motocykl, będąc kilka cali od zrównania mnie z ziemią, gdybym nie zareagowała na czas, podciągając się w górę znad bagażnika mojego samochodu. Odetchnęłam, moje serce bębniło w piersi, kiedy motocyklista umiejętnie zaparkował lśniący, czerwony motocykl na jednym z miejsc. Osoba zeszła z motoru, szybko ściągając z głowy kask. Kępka ciemnobrązowych włosów, która się spod niego pojawiła, uspokoiła mnie, chodź nadal byłam wściekła tym, że byłam tak blisko zostania poważnie ranną.

- Przepraszam Sutton, nie zauważyłem cię tutaj! - Zawołał Jaxon, jego delikatny głos spowodował, że podskoczyłam obok bagażnika samochodu. Kiedy dotarł do mnie, błysnął do mnie uśmiechem, trącąc mnie bezczelnie w ramię. Zmarszczył brwi, kiedy w końcu zrozumiał, że obecnie około 30 uczniów tańczy przed wejściem do szkoły jak jacyś maniacy, jego uśmiech zrobił się coraz większy. - Cholera, czy oni robią to codziennie?

- Nie wiem! Nie byłam tu od wieków, prawda? - Zabawnie zepchnęłam go sobie z drogi, zbliżając się o kilka kroków do dużego, betonowego budynku.

- To jest niesamowite, teraz wiem, że będę kochać to miejsce. Amerykańskie szkoły wiedzą jak się za to zabrać! - Za wiwatował Jaxon, naśladując ruchy nastolatków tańczących niedaleko. Znając Jaxona, na pewno zaprzyjaźni się z większością ludzi w tej grupie i będzie z nimi tańczyć do końca dnia w szkole.

- Nie mów tego tak szybko.

- Co masz na mysli? Tutaj jest świetnie. Jest jak na jednej wielkiej imprezie! - Zahuczał Jaxon, pozdrawiając ludzi, których nawet nie znał, a oni zaraz odwzajemniali gest.

Otworzyłam usta by coś powiedzieć, zanim dźwięk gwizdka rozbrzmiał w powietrzu, powodując, że wszyscy przyłożyli ręce do uszu i jęknęli z niezadowolenia. Facet, który zajmował się głośnikami, wyłączył je, robiąc to co każdy, z wyglądem jak duch. Nawet nie musiałam się odwracać, by wiedzieć kto właśnie przeszedł obok mnie, a teraz szedł w stronę zdezorientowanej grupy. Był tylko jeden nauczyciel w tej szkole, który był tak staromodny, by mieć przy sobie gwizdek, chodź nawet nie był nauczycielem W-F'u.

- Szkoła to nie impreza! Szkoła nie jest miejscem, gdzie codziennie przychodzisz potańczyć i wygłupiać się jak banda chuliganów! Przychodzicie tutaj, by się uczyć, to nie jest jakieś high school musical! - Piskliwy głos pani Ryder uciszył wszystkich na parkingu, wysoki ton jej głosu zagłuszył wszystkich. - Jeśli jeszcze raz się tak wygłupicie, wszyscy będziecie ukarani. Idźcie do swoich klas zanim zawiadomię dyrektora...TERAZ!

Wszyscy rozproszyli się na mniejsze grupy, rozchodząc się jak karaluchy, które zostały oślepione jasnym światłem. Odwróciłam się do przerażonego Jaxon'a, jego oczy spoglądały na uczniów pędzących do drzwi. Pani Ryder wyprostowała swój sweter, maszerując do budynku z salami do angielskiego z wysoko podniesioną głową. Fajnie wiedzieć, że się nie zmieniła...nie.

- Okej, cofam to. Co to za suka? - Przełknął ślinę. Zachichotałam, biorąc go pod ramię i prowadząc do wejścia do szkoły.

- To ta suka, która sprawiła i będzie to kontynuować, że moje życie teraz to piekło, przez to że jestem znów w szkole. Nie martw się o nią. Kup jej jabłko i będziesz w jej dobrych książkach przez cały rok.

Jaxon rozłączył nasze ramiona, sprawdzając godzinę na swoim telefonie.

- Moja pierwsza lekcja nie zacznie się przed dziesiątą, to daje mi jakąś godzinę, by wrócić do sklepu. Czy wiesz może, czy chciała by bardziej czerwone czy zielone?

- Myślę, że woli czerwone. - Zaszydziłam, śmiejąc się do siebie, kiedy Jaxon wyjął długopis z plecaka. -Jaxon ja żar-

- Na wszelki wypadek kupię dwa...do zobaczenia! - Zasalutował Jaxon zanim zaczął biec z powrotem w stronę parkingu, grzebiąc przy tym za czymś w swojej kieszeni.

Walczyłam z uśmiechem rozbawienia na moich ustach, kiedy kontynuowałam drogę do szkoły. Uwierzycie, że Jaxon chce być po dobrej stronie pani Ryder i dosłownie zrobi to co powiedziałam. Kiedy Justin powiedział mi, że myślał, że on ma autyzm, myślałam, że przesadza. Teraz, byłam bardziej skłonna uwierzyć w jego wymysł.

Ciągnąc nogi po błyszczącej podłodze z białego marmuru, gula zaczęła tworzyć się w moim gardle, kiedy zaczęłam rozpoznawać znajome otoczenie szkoły. Jak ja nienawidziłam mojej matki za to, że kazała mi tu wrócić - wiedziałam, że nauka jest ważne, ale nie mogłam się uczyć w domu? Namiętnie nienawidziłam szkoły. Nie przez naukę, ale przez ludzi rojących się w tym miejscu. Ignorowałam dziwne spojrzenia, które posyłali mi ludzie, których wcale mi nie brakowało, kiedy szłam wzdłuż korytarza. Na co oni tak patrzyli? Tak, nie byłam w szkole od miesięcy, ale nie byłam jakimś zwierzęciem wypuszczonym z klatki w zoo. Nie było potrzeby uważnie mi się przyglądać, aby zmierzyć każdy krok moich stóp, kiedy szłam w kierunku mojej szafki.

- Sutton?

Odwróciłam się twarzą do osoby, która zawołała moje imię i byłam zupełnie zaskoczona widzieć Laurę stojącą przede mną, mały uśmiech rozprzestrzenił się na jej twarzy.

- Hej Laura... długo się nie widziałyśmy huh? - Odwzajemniłam uśmiech, odgarniając kosmyki włosów z twarzy, aby jej się lepiej przyjrzeć. Wyglądała jakby straciła na wadze od ostatniego czasu kiedy ją wdziałam,gdy szła za mną do szkoły, aby pocieszyć mnie przez zdradę Liam'a. Również miała na sobie więcej makijażu, coś czemu była przeciwna, kiedy byłyśmy młodsze.

- Tak...Słyszałam, że opuściłaś szkoły a potem wyszły te wszystkie wiadomości o Liamie... Przykro mi, że musiałaś przez to przejść. - Powiedziała cicho, ściskając w prawej ręce swój Blackberry.

- Jest dobrze, co cię nie zabije to cię wzmocni. - Powiedziałam radośnie, w myślach dodając „ale pieprzy cię psychicznie”.

- Zawsze byłaś silna, Sutton. Powinnyśmy naprawdę nadrobić czas, skoro już wróciłaś...oczywiście jeśli Tori to nie przeszkadza. - Oblizała usta, unikając kontaktu wzrokowego.

Przeszły mnie wyrzuty sumienia. Zawsze czułam się źle, pozwalając by moja przyjaźń z Laurą skończyła się z powodu Loli i Tori. Laura była moją najlepszą przyjaciółką, kiedy byłyśmy młodsze, ale ponieważ później pojawiły się te dwie, zaczęłam coraz rzadziej widywać się z Laurą, aż pewnego dnia - po prostu przestałyśmy rozmawiać. To było smutne, że ktoś, kto kiedyś był z tobą tak blisko, nagle może być tak daleki dla ciebie, prawie jak obcy.

- Może mogłybyśmy gdzieś razem wyjść? - Zasugerowałam.

- Może. Tak czy inaczej, muszę iść. Do zobaczenia później! - Pomachała mi radośnie, krocząc dumnie w kierunku drugiego wyjścia do budynku z salami matematycznymi. Patrzyłam na nią przez chwilę, przed ruszeniem w swoim kierunku, w którym miałam iść. Nienawidziłam mieć z nią tak niewygodnych rozmów.
Po tym co minęło przez rok, poczułam się jakby to trwało minutę, nareszcie znalazłam swoją starą szafkę. Wykręciłam czterocyfrowy kod z łatwością, trzęsłam się, otwierając metalowe drzwiczki, kołyszące się na boki z ostrym piskiem.

Mój wzrok spoczął na złożonym na kawałki papierze w linie.

„SUTTON” zostało wyraźnie wydrukowane na górnej stronie grubym, czerwonym tuszem.

Niepewnie sięgnęłam po to by otworzyć.

@swaggabiebah

4 komentarze: