Rozdział 8.

Następnego ranka pochylałam się półżywa nad barem śniadaniowym w kuchni. Silny, aromatyczny zapach wspaniałej, delikatnej kawy wypełniał pomieszczenie, kiedy leniwie kartkowałam najnowszy modowy magazyn, który Alex zostawiła z boku. Musiałam ciągle mrugać, żeby zachować skupienie na małym druku, a moje oczy wciąż groziły, że się zamkną, i sprawią, że zasnę. Bądźmy szczerzy, ta noc nie była dla mnie najlepsza. Nie zrozumcie mnie źle, pierwsza jej część była niesamowita, spędzona intymnie z Justinem, jednak druga okazała się zupełnym piekłem. Koszmary (o których byłam przekonana, że zostawiły mnie w spokoju) zaczynały stawać się o wiele bardziej mylące, bardziej realne, nie wspominając o tym, że także niezwykle przerażające. Były jak horror, od którego nie da się uciec.

- Wypij to, śpiochu. – Justin zachichotał lekko, z uczuciem, obserwując jak walczę o zachowanie przytomności i przysunął do mnie wielki, biały kubek pełen mocnej kawy. Podziękowałam mu, biorąc mały łyk gorącej cieczy. Była tak pożywna i delikatna w swej konsystencji. Mocno potrząsając głową, zmusiłam się do wydostania się z „trybu zombie” i pozwoliłam kofeinie, którą pochłaniałam, wykonać swoją pracę – dać mi wystarczająco dużo energii, bym mogła stawić czoła kolejnemu bolesnemu dniowi w szkole.

- Więc… jakie masz plany na dziś? – Zapytał niby od niechcenia, jednak ja dokładnie wiedziałam, co zamierzał, kiedy tylko pytanie opuściło jego usta. Spojrzałam na niego gniewnie, sprawiając, że uśmiechnął się znacząco, biorąc łyka swojej kawy.

- No wiesz, mam zamiar wpaść tylko do szkoły i spędzić tam cudowny dzień, pełen niezwykle ekscytujących zajęć z najbardziej cierpliwymi i troskliwymi nauczycielami na świecie. Mam nawet ostatnią lekcję z panią Ryder, co jest błogosławieństwem, bo ta kobieta wprawia mnie w doskonały nastrój.

Mogłam kontynuować na wysokim poziomie sarkazmu, jednak ograniczyłam go do minimum, częściowo ze względu na fakt, że byłam naprawdę zbyt wyczerpana by to ciągnąć, ale bardziej dlatego, że Justin świetnie się bawił. Dupek. Może też powinnam postarać się o wywalenie ze szkoły.

- Wystarczy, panno Sarkazm, pij kawę. – Mrugnął do mnie, i mimochodem zerknął na magazyn, który „czytałam”.

- DZIEŃ DOBRY CHŁOPY. – Wujek Dom prześlizgnął się po kuchennych kafelkach w swoich skarpetkach z Homerem Simpsonem, z szeroko otwartymi ramionami, uśmiechając się do nas szeroko, jak trzylatek w bożonarodzeniowy poranek. Nie miałam pojęcia, jak ktoś mógł mieć w sobie tyle energii o siódmej rano. Justin zadławił się swoją kawą, słysząc dobór słów Doma i popatrzył na mnie z rozbawieniem, zajmując miejsce obok mnie przy barze.

- Czy to jakaś nowa rzecz, w której musimy odpowiedzieć w szczególny sposób? – Zapytał, drapiąc się w tył głowy, po wzięciu kolejnego łyka kawy. – Dzień dobry, królu? – Zasugerował, kiedy mój wujek nalał sobie kawy.

- Hej, nie ma potrzeby, by zgrywać przy mnie cwaniaka, ziomuś. – Wujek Dom pstryknął palcami, starając się być pyskatym „gangsterem”. Oboje z Justinem otworzyliśmy szeroko oczy, nasze szczęki w tym samym czasie opadły z przerażenia.

- Czy ziomuś nie jest określeniem którego używało się gdzieś w 2005? – Mruknął do mnie pod nosem Justin.

- Hej! – Ożywił się wujek Dom, kiedy wychwycił, co Justin do mnie powiedział. – Lepiej pomyśl dwa razy zanim zaczniesz stroić sobie żarty z tego, co mówię.

- Co masz na myśli? – Justin uniósł brwi, jego warga drżała, kiedy próbował powstrzymać się od wybuchnięcia śmiechem, rozbawiony nagłą powagą mojego wujka. On był prostu tym typem faceta, którego nie można brać na serio.

- Co ja mówiłem o hałasie, którego nie chciałem słyszeć w nocy?

Wymieniliśmy z Justinem trochę winne spojrzenia, po czym zwróciliśmy twarze z powrotem na wujka. Patrzył na nas drwiąco, kręcąc głową i przełykając kawę.

- Tak, co do tego… - Justin urwał a skrępowanie rosło, kiedy Dom czekał na nasze wyjaśnienia.

Dokładnie w tym momencie Alex weszła do kuchni, wlokąc swoje różowe puszyste skarpetki po kuchennych kafelkach, by zająć miejsce naprzeciwko mnie. Potarła skronie, jęcząc przez kaca, jakiego doświadczała po wczorajszym spożyciu alkoholu. Zakryła usta dłonią, by ukryć beknięcie.

- W porządku, Alex? – Dom przesunął się, by delikatnie potrzeć jej ramiona, z niepokojem wpatrując się w tył jej głowy.

- Mhm, tak, jest okej. – Powiedziała Alex, półprzytomnie, stłumionym głosem.

- Ta dwójka nie uniemożliwiała ci zaśnięcia przez całą noc, prawda? – Zażartował wujek, spoglądając na Justina z uniesioną brwią, co miało być ostrzeżeniem, że tamta rozmowa jeszcze się nie skończyła.

Alex nie odpowiedziała. Zamiast tego zamknęła oczy i zaczęła do siebie nucić, krzyżując ręce na brzuchu, by lepiej dawać sobie radę z fizycznym i psychicznym bólem, który odczuwała.

Mój telefon zaczął dzwonić i wibrować na barze śniadaniowym, a na wyświetlaczu pojawiło się imię i zdjęcie Tori. Przeprosiłam i odeszłam od stołu, po czym opuściłam kuchnię, dotykając po drodze ramienia Justina i weszłam do salonu, dla uzyskania odrobiny prywatności.

- Hej, co tam? – Odebrałam, zatykając za ucho pasmo włosów.

- Hej, przepraszam za wczoraj. – Powiedziała Tori, wzdychając po drugiej stronie linii. – Chodzi o to, że byłam trochę rozczarowana tą całą sprawą z Joelem, chyba miałam po prostu nadzieję na trochę większy postęp.

- W porządku, rozumiem. Odezwał się już do ciebie ktoś ze szpitala?

- Właściwie… tak. To tak jakby powód, dla którego dzwonię. – Urwała, dając mi znak, bym zapytała o szczegóły.

- No, to co powiedzieli? Możesz tam wrócić i go odwiedzić? – Ściszyłam głos, by mieć pewność, że nikt w kuchni nie mógł wychwycić nic z naszej rozmowy.

- Tak, powiedzieli, że ostatnio, kiedy tam byłyśmy, nie wziął swoich leków. To dlatego tak źle na coś zareagował… W każdym razie zastanawiałam się, czy mogłabyś tam wrócić i się z nim zobaczyć.

- Ja? Dlaczego nie ty? O wiele wolałby zobaczyć ciebie. – Odpowiedziałam szybko, nie bardzo wiedząc, dlaczego Tori chciała, żebym to ja odwiedziła Joela.

- Nawet nie mrugnął, kiedy byłam w jego pokoju, ale przy tobie rzeczywiście starał się coś powiedzieć. Proszę, Sutton, myślę że to jedyny sposób, by zaczął się komunikować. Nie zrozum mnie źle, wolałabym żeby to przy mnie wysilił się i chciał rozmawiać, ale jeśli ci ufa, to nie mam nic przeciwko. Chcę mojego chłopaka z powrotem. Jesteś jedyną nadzieją, jaka mi została. – Głos Tori zachwiał się, zdradzając, że była na skraju płaczu, co sprawiło, że pośpiesznie odpowiedziałam:

- Okej, dobrze, pojadę. Podrzuć mi tylko jakieś tematy do rozmowy, proszę. Ostatnio bredziłam o pani Ryder. – Zażartowałam, próbując ochronić się przed strachem, który pojawiał się we mnie na myśl o byciu znów sam na sam z Joelem w tym przerażającym, ciemnym pokoju, w otoczeniu rozchwianych, szalonych ludzi.

- Tak bardzo ci dziękuję Sutton i tak, oczywiście! Masz dzisiaj czas? Pielęgniarki są bardzo chętne by spróbować znów zapoznać go z osobami, z którymi kiedyś rozmawiał.

- Tak, chyba mam.

- Świetnie. Po lekcjach dam ci jakieś rzeczy dla niego. Dziękuję Sutton, naprawdę jesteś najbardziej niesamowitą przyjaciółką na świecie. – Po tych słowach rozłączyła się, zostawiając mnie z ciężarem obowiązku odwiedzenia szpitala szaleńców i ponownego okłamania mojego chłopaka.

- Czego chciała Tori? – Justin opadł na kanapę, przed którą spałam, włączył telewizor i odchylił się tak, że jego nogi spoczęły na stoliku do kawy.

- Nic takiego, chce tylko żebym pojechała zwrócić część jej rzeczy, które ostatnio kupiłyśmy.

- Dlaczego sama nie może tego zrobić? – Justin skrzywił się, marszcząc nos.

- Bo idzie na kolację z rodzicami. – Powiedziałam słabo, wiedząc, że jeśli to miało dalej się ciągnąć, musiałam sięgnąć po lepsze kłamstwa i wymówki.

- Czy to musi być dzisiaj? – Justin dalej wyciągał ze mnie informacje, nieznacznie zmniejszając głośność telewizora.

- Tak, tak jakby. – Skrzywiłam się, przesuwając się, by stanąć przed nim. – Przepraszam.

- W porządku. – Odwrócił wzrok, by na mnie nie patrzeć i udawał, że wciągnął go program o gliniarzach, który akurat leciał. Uśmiechnęłam się, widząc jego urocze rozczarowanie, zniżając się, by usiąść na jego kolanach. Nasze twarze się spotkały, jego piwne oczy wlały się w moje a jego usta lekko się rozchyliły, sprawiając, że jego gorący oddech łaskotał moją twarz.

- Wyglądasz tak słodko kiedy jesteś rozczarowany. – Flirtowałam, gładząc kciukiem jego policzek, kiedy próbował poruszyć głową, by z powrotem skupić się na telewizji.

- A ty jesteś wrzodem na tyłku. Pozwól mi to obejrzeć. – Marudził, próbując mnie z siebie zepchnąć. Nawet nie drgnęłam. Zamiast tego zaczęłam się o niego ocierać, liżąc jego dolną wargę, po czym mocno przycisnęłam swoje usta do jego. Z jego gardła wydostał się pełen frustracji jęk, kiedy oddał się namiętności. Jego dłonie pogładziły moje plecy, po czym przycisnął mnie do swojego brzucha.

- Jesteś zbyt łatwy. – Zachichotałam w jego usta, przebiegając dłonią przez jego miękkie włosy.

- Jesteś zbyt seksowna. – Rzucił uwodzicielsko, przygryzając moją wargę. – Chodź ze mną dzisiaj na kolację. – Błagał, pieszcząc mój policzek, kiedy przebiegłam dłońmi po jego nagim torsie.

- Nie mogę. Już obiecałam Tori. – Przesunęłam ręce do tyłu, nagle się z niego staczając. Położyłam się na kanapie, kładąc swoje nogi na jego i zamknęłam oczy, marząc, bym nie musiała już więcej go okłamywać. Wolałabym wyjść na kolację z miłością mojego życia, niż musieć odwiedzić obłąkanego byłego kujona, który i tak nic nie mówił, ale byłam zobowiązana, by mu pomóc. Ciągle byłam mu to winna. SA był moim problemem, nie Joela.

- Nie możesz po prostu wymyślić jakiejś wymówki? – Justin westchnął, zmieniając pozycję, tak że teraz wisiał nade mną. Jego chłodny, srebrny łańcuch otarł się o moją szyję, sprawiając, że pod nim zadrżałam.

- Przepraszam skarbie, nie mogę.

Słysząc moje słowa Justin zrobił minę sześciolatka, patrząc na mnie tymi „smutnymi oczami”, które sprawiały, że chciało mi się płakać. Nigdy nie chciałam go zawieść, i mimo że żartował sobie z bycia rozczarowanym, wiedziałam, że zaczynał być podejrzliwy w kwestii mnie unikającej spędzania z nim czasu.

- Będziesz musiała zrobić coś lepszego niż przeprosiny – zmrużył oczy i zerknął na swoje krocze, po czym zwrócił wzrok z powrotem na mnie. Przygryzłam wargę, widząc tę nagłą śmiałość. Jego seksowny gest sprawił, że w moim brzuchu coś zatrzepotało.

- Zrobię coś dużo lepszego niż przeprosiny. – Szepnęłam w jego spuchnięte usta, ciągnąc go do siebie, by wrócić do naszej intensywnej sesji namiętności.


Później tego dnia byłam pierwszą osobą, która zajęła miejsce w klasie pani Ryder. Zegar na ścianie tykał z każdą mijającą sekundą, kiedy niecierpliwie stukałam długopisem o drewnianą ławkę. Wcześniej opuściłam lekcję z Greggiem, pamiętając, że jeśli bym w niej uczestniczyła, byłabym zmuszona do robienia okrążeń w basenie, by udowodnić swoją pozycję „członka drużyny”. Pytanie dlaczego ze wszystkich ludzi zgłosił akurat mnie, ciągle powodowało zamęt w mojej głowie, ale także mnie rozwścieczało za każdym razem, kiedy o tym pomyślałam. Nie mogłam uwierzyć, że nawet nie zapytał, czy podoba mi się pomysł dołączenia do drużyny pływackiej i oferowania jej mojego zaangażowania.

- Tak, spróbuję to ogarnąć. Po prostu… nie zachowuj się tak, jak zwykle. Chryste, Rico, słyszałeś o takiej drobnostce zwanej cierpliwością? – Znajomy australijski akcent wypełnił salę, kiedy Kayla wmaszerowała do środka. Ogromne trójkątne kolczyki uderzyły ją w twarz, kiedy odwróciła się i zerknęła na mnie.

- Słuchaj, muszę kończyć. Spotkam się z tobą kiedy będę mogła. – Ściszyła głos, unikając kontaktu wzrokowego. – To nie jest dobry moment. Pa. – Rozłączyła się gwałtownie i wrzuciła telefon do torebki z wężowej skóry.

Bling.

Jej komórka znów zadzwoniła, ale ona tym razem zdawała się celowo nie reagować, zamiast tego zajmując miejsce obok mnie przy drewnianej ławce. Telefon dalej brzęczał wśród niezręcznej ciszy, która trwała między nami dwiema sprawiając, że czułam potrzebę szybkiej ucieczki.

- Kurwa mać. – Kayla przeklęła pod nosem, kiedy telefon zawibrował ostatni raz, zanim wyjęła go z torby i całkowicie wyłączyła.

- Wygląda na to, że ktoś bardzo chce się z tobą skontaktować. – Zażartowałam, starając się nawiązać jakąś rozmowę. Ostatnio kiedy widziałam Kaylę, byłam pewna, że zaczynała ze mną pogrywać. Niemniej jednak nie chciałam nikogo oceniać przed dokładniejszym poznaniem go. Jak mówiło stare powiedzenie „Nie oceniaj książki po okładce”. Wskazałam na jej dłoń, jednak telefon znów był ukryty przed moim wzrokiem. Widząc moje spojrzenie Kayla poruszyła się niezręcznie na krześle, wbijając wzrok w moje oczy.

- Oh, i wygląda na to, że jesteś typową wścibską suką, która nie potrafi trzymać się z daleka od spraw innych ludzi. – Zacisnęła jaskrawoczerwone usta, wywracając oczami, kiedy moja szczęka lekko opadła, ukazując moje zaskoczenie jej nagłą nieuprzejmością. Okej, może nie powinnam przejmować się starym powiedzeniem. Poczułam, że moje policzki robią się gorące i postanowiłam to zignorować, porzucić temat. Nie chciałam wdawać się w kłótnię z dziewczyną, którą ledwo znałam.

Kilku innych uczniów weszło do sali, a cisza stała się odległym wspomnieniem, kiedy ich rozmowy zaczęły krążyć po pomieszczeniu. Przekopałam torbę, by wyciągnąć tomik poezji angielskiej i zeszyt oraz telefon, który położyłam sobie na kolanach. Kayla odwróciła się do mnie tyłem, rozmawiając i flirtując z chłopakami z drużyny soccera, którzy siedzieli za nami. Jej piskliwy chichot wywoływał gęsią skórkę na mojej skórze.

- Dobrze, klaso, zajmijcie swoje miejsca. – Pani Ryder ogłosiła swoje przybycie, poprawiając długą, brązową spódnicę w pięknym odcieniu gówna. – Dziś skupimy się na nowym wierszu, otwórzcie proszę książki na stronie 123. Sutton, czy ty naprawdę jesteś dzisiaj przygotowana? – Dodała, oślepiając mnie sarkastycznym uśmiechem, a parę osób zachichotało.

- Tak, jestem. – Też się uśmiechnęłam, trochę zbyt mocno zgrzytając przy tym zębami.

Pani Ryder zaczęła lekcję jedną ze swoich przesadnie dramatycznych historii o sobie, w które nikt tak naprawdę nie wierzył, kiedy telefon na moich kolanach zawibrował.

Jaxon:
Hej Szmato. Jesteś wolna?

Pokręciłam głową z irytacją i wystukałam odpowiedź.

Sutton:
Nie, siedzę właśnie z pomiotem Szatana. Jeśli nie przeżyję, powiedz Justinowi, że moje ustalenia pogrzebowe są w komodzie, druga szuflada od dołu.

Uśmiechnęłam się, czytając odpowiedź, która pojawiła się natychmiast.

Jaxon:
HAHA. Czekaj, czy to znaczy, że dostanę twojego X Boxa jeśli umrzesz?

Sutton:
On jest Doma, sorry bracie.

Jaxon:
Kurwa. W takim razie postaraj się nie umrzeć. Wciąż potrzebuję cię do pracy domowej. Ucałuj ode mnie panią Ryder :)

Sutton:
Jeśli bym to zrobiła, wyrwałaby moje oczy i nasikałaby mi do mózgu.

Jaxon:
Jesteś obrzydliwa. Pa.

- Czy jest coś, z czy chciałabyś podzielić się z całą klasą, panno Rosegarden? – Szybko zamrugałam, zauważając, że cała klasa gapiła się na mnie przez cały czas, kiedy esemesowałam. Kayla uśmiechnęła się lekko, a w jej oczach pojawił się błysk podekscytowania.

- Nie… - Dobrze wiedziałam, że nieważne, w jaki sposób bym odpowiedziała, byłam bardziej niż mile widziana w areszcie.

- Cóż, biorąc pod uwagę, że już wysłałam cię do aresztu w tym roku, wypełnimy to dzisiaj, dwie godziny po lekcjach.

 - Nie mogę dzisiaj, mam plany. – Odparłam chłodno.

- Plany żeby przelecieć tego psychola, Biebera. – Mruknął jeden z chłopaków siedzących za mną, czym zasłużył sobie na kilka klepnięć w plecy od jego nadmiernie rozbawionych kolegów, którzy najwyraźniej uznali ten żart za „prześmieszny”.

- Powinnaś pomyśleć o tym zanim zaczęłaś esemesować na mojej lekcji. Cokolwiek lub ktokolwiek to jest. – Urwała, dając nam do zrozumienia, że słyszała komentarz, wypowiedziany z tyłu. – Będzie musiał poczekać.

Pokonana opadłam z powrotem na krzesło, wrzucając telefon do torby. Zapowiadała się długa lekcja.


Dzwonek zadzwonił, sygnalizując koniec dnia. Dźwięk krzeseł przesuwanych po drewnie odbijał się echem od ścian klasy, kiedy ludzie zaczęli zbierać swoje rzeczy i stopniowo opuszczać pomieszczenie. Ja i pani Ryder byłyśmy ostatnimi osobami, które wciąż siedziały na swoich miejscach. Lustrowała mnie swoimi paciorkowatymi, sokolimi oczami jak nadgorliwy celnik.

- Dziękuję za kolejną wspaniałą lekcję angielskiego! – Podziękowała jej Kayla słodkim głosem, będąc ostatnią osobą, która energicznym krokiem opuściła pomieszczenie. Coś było z nią nie tak, ale jeszcze nie byłam zupełnie pewna, co zamierzała. Drzwi sali zatrzasnęły się, zostawiając mnie i panią Ryder same w pustej klasie.

- No więc panno Rosegarden, czy masz uzasadnione wytłumaczenie esemesowania na mojej lekcji, podczas gdy ja próbowałam uczyć ciebie i twoich rówieśników? - Świetnie, nie minęło nawet pół sekundy, a ona już atakowała mnie swoimi pytaniami.

Pokręciłam tylko głową, nie mając wystarczająco dużo energii, by chociaż pomyśleć o słownej odpowiedzi. Przekręciłaby tylko moje słowa i sfrustrowałaby mnie tak, że chciałabym wepchnąć jej to czerwone jabłko, które leżało na jej biurku w tyłek.

- Dobrze, zostaniesz dziś w areszcie godzinę. Chcę żebyś odwróciła wszystkie ławki do góry nogami i zdrapała z nich gumę do żucia. Wygląda na to, że młodzież tego pokolenia czerpie niekończące się emocje z przyklejania do nich tej wstrętnej substancji. – Pokręciła głową ze wstrętem, poprawiając okulary na nosie.

- Myślałam, że mam dwie godziny. – Zauważyłam, zamykając zeszyt.

- Nie, ja też mam plany na ten wieczór. Poza tym wyglądasz, jakby przydałoby ci się wcześniejsze położenie się spać. – Przerwała, by ocenić moją reakcję, jednak w żaden sposób jej nie odpowiedziałam. Nie miałam zamiaru otwierać się przed nią i opowiadać jej o koszmarach lub o którymkolwiek z problemów, które chodziły mi po głowie. - Pójdę do sali obok po skrobaczkę, zaczynaj. – Poinstruowała mnie, wychodząc z klasy.

Zaczęłam odwracać ławki, krzywiąc się ze wstrętem na widok ogromnej ilości różnokolorowych gum do żucia, przyklejonych do przestrzeni pod spodem.

- Proszę. – Pani Ryder rzuciła skrobaczką prosto we mnie. Na szczęście zareagowałam wystarczająco szybko, by zobaczyć lecący w moją stronę przedmiot i złapać go w obie ręce. Kiedy zaczęłam zdrapywać niebieską gumę, zauważyłam, że pani Ryder zebrała swoje rzeczy i wkładała ramiona w rękawy płaszcza.

- Nie zostaje pani? – Zapytałam niewinnie, zrzucając niebieską gumę ze skrobaczki do metalowego kosza.

- Przykro mi, jeśli cię rozczaruję, ale nie. Ktoś inny zajmie się dziś aresztem. Mam nadzieję, że kiedy jutro rano tu wrócę, te ławki będą nieskazitelne. Baw się dobrze przez resztę swojego wieczora, panno Rosegarden.

Wystawiłam do niej język, kiedy wyszła, jęcząc z niezadowoleniem podczas zdrapywania kolejnej gumy – tym razem była zielona.

- Puk puk!

Zdezorientowana złączyłam brwi, kiedy Tori wkroczyła do klasy. Jej uśmiech szybko zniknął, kiedy zauważyła, jakim zadaniem zostałam ukarana.

- Fu. Kazała ci dziś zdrapywać gumy? Suka. – Tori pokręciła głową, przeszukując plastikową torbę, którą niosła na lewym ramieniu.

- Nie to że jestem niezadowolona że cię widzę, ale skąd wiedziałaś, że tu jestem?

- Podsłuchałam Matta, mówiącego że jesteś zatrzymana w areszcie, bo esemesowałaś. Kiedy tu przyszłam, zauważyłam panią Ryder wychodzącą ze wszystkimi swoimi rzeczami, więc pomyślałam, że wykorzystam tę okazję i dam ci rzeczy dla Joela. – Paplała z entuzjazmem, kładąc plastikową torbę na ławce obok moich rzeczy. – Ciągle się tam wybierasz?

- Tak, zostało mi mniej niż godzina, później pojadę stąd prosto do szpitala. – Wymamrotałam, już wewnętrznie płacząc na myśl o godzinnym areszcie i późniejszym świętowaniu końca dnia wizytą w szpitalu psychiatrycznym.

- Jesteś najlepsza, Sutton. Wynagrodzę ci to niekończącymi się wypadami na kawę i codziennymi podwózkami do szkoły.

To nie wystarczy, skarbie.

- Tori, co ty tu robisz? – Gregg wszedł do klasy, usiłując utrzymać w ramionach ogromny podręcznik, truskawkowy koktajl i piłkę nożną.

- Mogłabym zapytać cię o to samo, bracie. – Zripostowała, odpisując komuś na smsa.

Proszę, proszę, proszę, nie mówcie że on tu jest by pilnować mojego aresztu. Śpiewałam to w kółko w głowie, zdrapując gumę do żucia odrobinę bardziej energicznie.

- Jestem tu żeby pilnować aresztu pani Ryder, ale wygląda na to, że Sutton jest jedyną zatrzymaną osobą. – Zachichotał, a jego próby bycia beztroskim zmusiły mnie do wywrócenia oczami. Fantastycznie, jakby ten dzień mógł się jeszcze bardziej pogorszyć.

- Cóż, mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić. – Tori otworzyła szeroko oczy i wzdrygnęła się, obserwując jak wrzucam kolejny kawałek gumy do kosza.

- Co? Nie zamierzasz zostać i pomóc, siostro? – Zapytał sarkastycznie Gregg. Oboje wiedzieliśmy doskonale, że zeskrobywanie gum z ławek zdecydowanie nie było mocną stroną Tori.

- Porozmawiam z wami później. Adios! – Zaśpiewała radośnie, szybko wychodząc z klasy.

Pokręciłam głową, zirytowana faktem, że wyświadczałam dziś Tori ogromną przysługę, podczas gdy ona nie mogła nawet pomóc mi z moim aresztem. Niezłą była przyjaciółką.

- Co tym razem sprawiło, że tu wylądowałaś? – Zapytał Gregg z uśmieszkiem, biorąc łyka koktajlu i siadając na krześle pani Ryder.

- Esemesowanie. – Odpowiedziałam krótko, skupiając się bardziej na zdrapywaniu gumy niż na nim. Jaka była szansa, że ze wszystkich nauczycieli w szkole, to właśnie on zajmie się aresztem pani Ryder? Zbieg okoliczności? Nie sądzę.

- Lepiej żeby ta osoba była warta tej roboty. – Skrzywił się, gdy kawałek gumy, który próbowałam wrzucić do kosza, przykleił się do mojego palca.

- Uwierz mi, nie jest. – Jęknęłam, wyobrażając sobie wyraz rozkoszy i rozbawienia na twarzy Jaxona, kiedy powiedziałabym mu, że jego wiadomości wysłały mnie do aresztu. Minęło kilka chwil ciszy, zanim Gregg znów się odezwał.

- Więc nie przyszłaś dziś na trening pływacki?

Cholera. To było pytanie, którego starałam się uniknąć.

- Nie czułam się zbyt dobrze. – Skłamałam bez przekonania, odwracając kolejną ławkę.

- Słuchaj, wiem że nie podoba ci się pomysł, by dołączyć do drużyny pływackiej i wiem, że powinienem zapytać cię o zgodę zanim cię do niej zapisałem, ale po prostu myślę, że to jest coś, czego potrzebujesz, by poczuć się lepiej. – Powiedział delikatnie, oblizując wargi.

- Jest w porządku. Nie potrzebuję pływania, by poczuć się lepiej. Nic nie jest ze mną nie tak, więc…

- Jesteś naprawdę beznadziejnym kłamcą, Sutton. – Przerwał mi Gregg. – Zawsze byłaś.

- Kto dał ci prawo, żeby mówić mi takie rzeczy?

- Znam cię.

- Nie! Znałeś mnie. Nie masz pojęcia, jaka jestem teraz, więc przestań udawać, że wiesz i że ci zależy. Nie potrzebuję twojej pomocy. – Prychnęłam. Wściekłość w moim głosie była tak wyraźna, że Gregg zdecydował się otworzyć swój ogromny podręcznik na przypadkowej stronie i zacząć czytać.

Próbując zignorować niepokój spowodowany tym, jak na niego naskoczyłam, kontynuowałam zrzucanie wielu kawałków gumy do kosza, unikając kontaktu wzrokowego za każdym razem, kiedy podnosił wzrok by sprawdzić, czy brałam aktywny udział w swojej karze.

- Przepraszam. – Przerwał ciszę po piętnastu minutach, zamykając delikatnie swój podręcznik. Przełknął końcówkę koktajlu i wrzucił kubek do ‘gumowego’ kosza stojącego obok mnie. – Hej, może pomogę ci z resztą gum i oboje będziemy mogli urwać się wcześniej?

Kiwnęłam głową.

- Byłoby świetnie, dziękuję.

Gregg przyniósł z sąsiedniej sali drugą skrobaczkę i razem kończyliśmy czyszczenie ławek w ciszy. Jednak tym razem nie była ona pełna napięcia ani niezręczna – była komfortowa.

Podeszłam do ostatniej ławki, którą była moja własna, ostrożnie postawiłam swoją torbę i rzeczy Tori dla Joela na podłodze, po czym odwróciłam ją do góry nogami. Niemniej jednak nie spodziewałam się widoku, jaki czekał na mnie pod nią. Nie była taka, jak pozostałe, właściwie to powierzchnia pod nią była nieskazitelna, nie zobaczyłam na niej ani jednej gumy. Jednocześnie była dużo gorsza od reszty, z zupełnie innego powodu.

Moje oczy zlustrowały zawiłe znakowania, wyryte w drewnie. Niektóre były ogromne, inne małe, ale wszystkie miały podobną treść. Słowa „POMOCY”, „ZABIĆ”, „UCIEC” i „SA” były wyryte chwiejnie, prawie jakby osoba, która je wycięła była w pewnego rodzaju transie, kiedy to się działo. Gwałtownie wciągnęłam powietrze, łapiąc się za brzuch, który groził zwróceniem wszystkiego, co zjadłam na lunch. To była stara ławka Joela. Czy to on był osobą, która to zrobiła?

- Co to do licha jest? – Wydyszał zza mnie Gregg, sprawiając, że podskoczyłam zaskoczona. Wzięłam wdech, by zaczerpnąć trochę tlenu, przebiegając drżącą dłonią po włosach, po czym z powrotem odwróciłam ławkę, unikając patrzenia na wyryte słowa. Czy Joel robił to na każdej lekcji angielskiego? Czy to dlatego, że nie miał nikogo, z kim mógł porozmawiać, SA go torturował, a to był jego jedyny sposób na ucieczkę i przyznanie się, że potrzebował pomocy?

- Sutton, wszystko w porządku? Sutton! – Gregg położył dłonie na moich ramionach, lekko mną potrząsając, by wydostać mnie z ataku paniki, który przeżywałam. – Co się dzieje? – W jego głosie słyszałam niepokój.

- Ja… ee… - Usiłowałam znaleźć odpowiednie słowa, nawet nie zwracając uwagi na to, że jego usta były kilka cali od moich. – Skończyliśmy?

- Tak, tak myślę… - Odsunęłam się od jego dotyku, zarzucając swoją torbę na ramię i łapiąc tę plastikową, należącą do Tori tak mocno, że moje paznokcie prawie przebiły się przez materiał.

- Dziękuję! Do zobaczenia na treningu pływackim.

Po tych słowach wyszłam z klasy tak szybko, jak tylko byłam w stanie.

@_drewdevonne

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz